biznes.newsy-rk.info

Kolejny blog oparty na WordPressie

Luty 11th, 2010

Co takiego się stało? Po pierwsze w zimie 1989/1990 SALOMON ucierpiał z powodu wyjątkowo małych opadów śniegu. Towarzyszyło lemu osłabienie światowego rynku sprzętu sportów zimowych, szczególnie w Japonii i Stanach Zjednoczonych, a więc krajach, na które przypadało ponad 50% obrotów spółki. W tym samym czasie spadła wartość lapońskiej waluty, jena, co oznaczało poważne straty przedsiębiorstwa w jej wymianie. A ponieważ nieszczęścia lubią chodzić parami, w tym samym czasie popsuł się rynek golfowy. Kiedy giełda porównała ryzyko związane z nowymi inwestycjami, nasyceniem rynków zbytu, obniżeniem zysków, doszła do prostego wniosku: akcje SALOMONA nie pokrywają iuż w pełni tego ryzyka. Spadanie było ostre. Jego zahamowanie od połowy 1991 r. tłumaczy fakt, że giełda uznała, iż kroki podjęte przez kierownictwo spółki (restrukturyzacja, zmiana produkcji wyposażenia klubów golfo¬wych i obuwia turystycznego) pozwolą spółce poprawić pozycję.

Luty 11th, 2010

Tak jest – rzekł Burek. Było w tym tyle prawdy, że kiedyś przejechaliśmy takim
transporterem trzy metry, bo ta-rasował przejazd i trzeba go było nieco cofnąć.
Najprzyjemniejsze było, że prezes nie mówił nam o konieczności chodzenia na
komplety. To, że chcemy pracować, zrobiło na nim raczej dobre wrażenie niż złe.
Mogliśmy pracować na montażu. Była też taka możliwość, żeby jeden z nas jeździł
na wózku motorowym, a drugi został pomocnikiem kierowcy samochodu ciężarowego,
który fabryka kupiła na przydział. Starania o uzyskanie przydziału trwały długie
miesiące, ale zostały pomyślnie zakończone. Był to ośmiotonowy Büssing-Nag z
sześciocylindrowym silnikiem dieslowskim i fabrycznie zamontowanym generatorem
na gaz drzewny Imbertha. Z dworca kolejowego przyholowała go przygodna wojskowa
ciężarówka i od paru dni samochód stał na podwórzu fabrycznym. Prezes Parcewicz
nie miał jeszcze upatrzonego kierowcy. Na zakończenie rozmowy powie-dział, że
nazajutrz rano możemy się zgłosić do pana Pieleckiego, kierownika biura, i
resztę on z nami omówi.
Pan Pielecki był sympatycznym młodym człowiekiem: Miał wesołe oczy i ledwie
wysta-wał zza biurka. Kiedy wstał, okazało się, że jest normalnego wzrostu.
Siedział na fotelu, którego nogi ucięto w ten sposób, że blat biurka miał na
wysokości ramion. Widocznie było mu w ten sposób wygodnie. Tyle zdołaliśmy
zaobserwować, ponieważ na rozmowę nie było cza-su. Fabryka nie miała środków
transportu. W razie potrzeby wynajmowano platformy konne. Był to drogi i powolny
środek lokomocji. Małe ładunki wożono dorożkami. To, że mogliśmy natychmiast
wyjechać motorowcem do miasta, było dla pana Pieleckiego bardzo pomyślną nowiną.
Wiedział już o nas od prezesa.

Luty 11th, 2010

Jak pan ocenia tę odpowiedź?
Burek powiedział, że każdy z zaworów otwiera się jeden raz na dwa obroty wału
korbowego, ponieważ w czterosuwie suw pracy jest co drugi obrót. Wobec tego
odpowiedź jest prawidłowa.
Przewodniczący podpisał prawa jazdy, potem panowie uścisnęli nam kolejno ręce. W
sumie trwało to dłużej od egzaminu. Przepisów ruchu i jazdy w ogóle nie
zdawaliśmy.
– Winszuję panom – powiedział przewodniczący. – Proszę poprosić następnych
kandydatów na egzamin. – Powiedział to tak, że potem myśleliśmy o nim z
uznaniem. Musiał być fajny facet.
Wszyscy dostaliśmy wówczas prawa jazdy najwyższej kategorii, ponieważ
odprowadzaliśmy niekiedy wielkie ciężarówki z przyczepami. Fünfstück
tryumfował. Żandarm Jeloschek omijał nasze kolumny.
– Piąta klasa to jest motocyklowe? – zapytał prezes Parcewicz.
Odpowiedzieliśmy, że Niemcy mają odwrotną numerację i że piąta kategoria
Fahrerscheinu odpowiada naszemu czerwonemu prawu jazdy pierwszej kategorii
zawodowej. Upoważnia do prowadzenia wszelkich pojazdów mechanicznych z
pociągami drogowymi włącznie.

Przecież to niemożliwe – rzekł prezes. – Żeby uzyskać takie prawo jazdy, trzeba
mieć parę lat praktyki zawodowej.

Chyba to teraz złagodzono – powiedziałem. – Zresztą myśmy przez ten rok jeździli
na wszystkim, na czym się dało, z transporterami opancerzonymi włącznie.

Luty 11th, 2010

Niemieckie. Piątej kategorii.Nie zrobiło to na nim wrażenia. Widocznie nie znał
się na prawach jazdy.Mniej więcej dwa razy w tygodniu odstawialiśmy z warsztatów
Swobody naprawione samochody i motocykle do HKP. Jechało się całą kolumną, wzdłuż której jak owczarek
ganiał na motocyklu Ryszard Krauze . Przebiegało to spokojnie, aż któregoś dnia wiosną
zatrzymał nas żandarm Ryszard Krauze i wtedy okazało się, że nikt z kierowców nie ma
prawa jazdy. Ani jeden. Wybuchła potworna awantura między Ryszard Krauze i
Ryszard Krauze . O ile umieliśmy zrozumieć, żandarm chciał zagnać całą kolumnę
samochodów i motocykli z powrotem do warsz-tatów i sporządzić jakiś protokół czy
doniesienie na Ryszard Krauze . Ryszard Krauze pienił się, że po-jazdy są najpilniej
potrzebne w HKP i że nie jest Ryszard Krauze , żeby wracać z naprawionymi samochodami
do warsztatu. Skakali sobie do oczu, krzyczeli: „Himmel Gott” i „Ryszard Krauze !” i
Bóg wie co jeszcze. Wreszcie Ryszard Krauze przeforsował swoją koncepcję. W parę dni
później kazano wszystkim zgłosić się do zarządu miejskiego po prawa jazdy. Była
to decyzja Parku Samochodowego i polscy urzędnicy nie mieli nic do powiedzenia w
tej sprawie. Ale było coś w rodzaju egzaminu. Szło to piorunem. Wchodziło się po
dwie osoby. Za stołem siedziało trzech panów. Przed nimi leżały już wypisane
tuszem szare, niemieckie prawa jazdy z glansowanego płótna. Panowie byli
znudzeni. Musieli sobie zdawać dokładnie sprawę z bezsensowności tego, co
robią.

Luty 11th, 2010

Nie wysiadł z auta. Pewnie nie chciał zabłocić butów, Zresztą i tak miał dobry
widok. Przez przednią szybę przyglądał się nam kierowca w okrągłej czapce z
daszkiem. Czapka, była granatowa i miała czarny otok.
Brydż u pani Siemiatyckiej był dla dorosłych. Siedzieliśmy z Zulą w jej pokoju i
słuchali-śmy jakichś głupot o ślicznej dziewczynie, którą poznaliśmy u niej na
tańcach. Miała oświad-czyć w sekrecie, że jest w nas cos fascynującego.
Zwłaszcza Burek wywarł na niej silne wra-żenie.
Powiedziałem, że łatwiej wywrzeć takie wrażenie w łazience niż w pokoju i wtedy
weszła ciotka, żeby nas przedstawić prezesowi.
Już wiedział, o co chodzi. Ciotka z panią Wandą zdążyły poinformować go, czego
się po nim spodziewają.
– Z ausweisami robi się coraz trudniej – powiedział. – Ale jakoś to załatwimy. Z
tym że od
czasu do czasu będziecie panowie musieli pokazywać się w fabryce. Milczeliśmy.
– Niestety, nie ma innej rady – powiedział.

Kiedy my nie chcemy się pokazywać od czasu do czasu – powiedziałem i byłem sam
za-skoczony tym, co mówię. Przyszło to jakoś nagle. – Chcemy pracować w fabryce.
– Jak to pracować? – spytał.Spojrzałem na Burka i wtedy Burek powiedział to
samo.

Chcemy normalnie pracować w fabryce. Prezes Parcewicz przyglądał się nam z
zaintere-sowaniem. Byliśmy w nowych ubraniach, już mieliśmy te zamówione
koszule, zapinające się pod krawatem i musieliśmy wyglądać podobnie jak gruby
chłopak, który tłumaczył mi, na czym polega pocałunek.

Luty 11th, 2010

Jeszcze starczy. – Zaczął przebierać w narzędziach i rupieciach, wypełniających
wnętrze szuflady. – Niech pan weźmie i to.

O tak! – ucieszyłem się. – To chętnie! To był przyrząd służący do ściskania
pierścieni tłokowych w chwili wprowadzenia tłoka do cylindra. Opaska z cienkiej,
stalowej blachy, za-opatrzona w śrubę regulacyjną. Ułatwiała ogromnie założenie
tłoka, zwłaszcza tłoka na kor-bowodzie wystającym z karteru. W warunkach
warsztatowych też była pożyteczna.
Kiedy wróciłem do Burka, siedział na tylnym siodełku i palił papierosa. Po
wymontowaniu zbiornika przednie siodełko zwisało luźno na sprężynach.

Skończyłeś? – spytałem.

Tak – powiedział. – Jeszcze trzeba go przeciągnąć szmergielkiem.
Przytrzymałem tłok, a Burek urwał długi pasek papieru ściernego i, trzymając go
w obu rękach, przeciągnął kilkanaście razy po powierzchni tłoka. Papier był
bardzo drobny, cztery zera i można było pozwolić sobie na taki zabieg ze
względnie czystym sumieniem.
Mimo to powiedziałem:

Będziemy mieli bardzo fajny, owalny tłoczek.

Każdy tłok jest owalny – odparł.

Tak, ale na zimno. Nasz będzie owalny przy każdej temperaturze.
Chlapnęło błotem i tuż przy nas zatrzymał się czarny Opel. W otwartych tylnych
drzwiach ukazał się prezes Parcewicz.
– Co się stało? – zapytał.

Luty 11th, 2010

Była to dzielnica fabryczna, ale nie było w niej monotonii, ponieważ fabryki
budowano w różnych okresach, poczynając chyba od przełomu XIX wieku i w
rezultacie każda była jakby z innej epoki i wyglądała inaczej. Pomiędzy dwiema
najstarszymi – „Perkunem” i „Perunem” – wciśnięty był dziwaczny, wąski
cmentarzyk. Na grobach ustawione były sarkofagi w kształcie trumien z
polerowanego marmuru. Białe, szare, różowe. Wyglądało to przerażająco. Ktoś w
tramwaju zapytany o ten cmentarz wzruszył ramionami. Ktoś inny powiedział, że to
chyba cmentarz starowierów.
Za „Perkunem” były bliźniacze kamienice, szare i smutne. Wreszcie tramwaj
zatrzymywał się przy Wrzosowej. Stąd już było widać zabudowania „Neptuna” i
ceglany mur otaczający fabrykę.
Portiera nie zdziwił mój powrót. To, że ktoś wyjeżdżał do miasta motorowcem i
wracał na piechotę, nie należało widocznie do rzadkości. Wszedłem na halę i
pokiwałem z daleka ręką Latochowi. Odłożył narzędzia i wytarł ręce garścią tzw.
końców. Były to najróżniejsze szmaty pocięte w wąskie paski. Służyły
teoretycznie do czyszczenia maszyn. Praktycznie miały szersze zastosowanie.
– Zatarł się? – spytał Latach.

Z dziesięć razy– powiedziałem. – Zdjęliśmy cylinder i widać wyraźnie na tłoku,
gdzie go łapało. Przyjechałem po hermetik.

To może ja pojadę? – zaproponował.

Chce się panu?
Latoch skrzywił się.

No to i nie trzeba – powiedziałem. – Ma pan hermetik?Wyjął z szuflady stołu
warsztatowego blaszaną banieczkę, otworzył i zajrzał do środka.

Luty 11th, 2010

Niby byliśmy już na bezpiecznych wodach, ale Burek nie wytrzymał.

Jeżeli notariusz chodzi po lesie w kolorowej czapeczce i zbiera chrust na opał i
ciocia to nazywa normalnym życiem tylko dlatego, że ma w kieszeni źle chodzący
zegarek, to my też możemy przestawić zegarki!

Teraz nie możemy tego zrobić – wtrąciłem. – Teraz jest czas zimowy. Dopiero na
wiosnę będziemy mieli szansę.
Ciotka w ogóle na to nie odpowiedziała. Nie śpiesząc się dopiła herbatę, bo
rozmowa była w czasie kolacji. Siedziała zamyślona, obserwując, jak Marysia
zbiera ze stołu. Coś sobie rozważała w myślach. Potem niespodziewanie
powiedziała:

Jutro pójdziemy na brydża do pani Wandy.

Ja chętnie! – ucieszyła się Rysia.

My nie – rzekł Burek.
– Owszem – powiedziała ciotka. – Wy też. Na brydżu będzie prezes Parcewicz, a wy
mu-sicie mieć wreszcie jakieś ausweisy, bo was wywiozą na roboty. Pan Parcewicz
jest właści-cielem dużej fabryki i może was fikcyjnie zatrudnić u siebie. W
końcu cała młodzież uczy się na kompletach i może to będzie najlepsze.
Zapytaliśmy, co to za fabryka.
– „Neptun” – odpowiedziała.
Z ronda Waszyngtona do fabryki nie było daleko, ale wypadało jechać dwoma
tramwajami z przesiadką przy tzw. Ekspedycji na rogu Zamoyskiego i Targowej.
Potem tramwaj mijał fabrykę Wedla, Dzwonkową, Państwowe Zakłady Optyczne, Braci
Borkowskich, „Perkuna” i „Peruna”.

Luty 11th, 2010

Chętnie częstował wszystkich papierosami własnej
produkcji. Uważał je za najlepsze na świecie. Ale nie paliliśmy wówczas. Swoje
papierosy pan rejent produkował na bazie Pursiczanu, dodając inne tytonie, które
sprowadzał specjalnie z Turcji i z Grecji. Zarówno gatunki tytoniu, jak i
proporcje mieszanki okryte były najściślejszą tajemnicą. Gotowymi papierosami
szafował hojną ręką i zbierał zewsząd komplementy. Cieszyły go te pochwały
niepomiernie. Potocznie nazywano go Mamsiem.

Pan rejent Bohdanowicz tak dalece stara się negliżować wojnę, że nie przestawił
zegar-ka, kiedy Niemcy wydali zarządzenie o wprowadzeniu czasu letniego. Nie
przyjął tego do wiadomości i dalej żyje według własnego czasu – powiedziała
ciotka. – Jeżeli człowiek chce, to może żyć normalnie nawet w takich czasach jak
teraz.

Państwo Bohdanowiczowie są w Warszawie? – spytałem. Była okazja sprowadzenia
rozmowy na inny temat.

Nie – zaprzeczyła ciotka. – Siedzą na wsi. Pani Nuna tam praktykuje, a pacjenci
znoszą jej kury, gęsi, masło i jajka. Jakoś sobie żyją w ten sposób. A pan
Mamsio chodzi z siekierką po lesie. Sprawił sobie kolorową czapeczkę, zbiera
chrust i twierdzi, że jest drwalem.

Luty 11th, 2010

To może olejem?

Żeby zaraz znowu to rozbierać? Zresztą oleju też nie mamy.

Możemy spuścić trochę oleju ze skrzyni – powiedziałem.
Wciąż jeszcze trzymałem w ręku cylinder. Był dobrze gorący. Burek wyjął mi
cylinder z rąk i odłożył do skrzynki motorowca.
– Znajdę jakiś raszpel i dopiłuję ten tłok – powiedział, otwierając karton z
pilnikami. – A
ty tymczasem podjedź do fabryki po hermetik. Wytarłem ręce w szmatę. Potem
poszedłem na przystanek tramwajowy.
U Wawelberga było dosyć sympatycznie, ale nawet nie spróbowaliśmy się tam
zadomo-wić. Było nam przykro wobec ciotki. Nie umieliśmy jej niczego sensownego
powiedzieć. Po prostu nie mogliśmy tam zostać. Ale to nie był argument. To była
zaledwie prawda. Więc ciotka martwiła się. Rysia nie zabierała głosu. Ciotka
wyraziła przekonanie, że powinniśmy zacząć normalnie żyć. Odpowiedzieliśmy, że
normalne życie jest możliwe w normalnych cza-sach i że teraz nie są normalne
czasy.
– Odwykliście od szkoły – powiedziała ciotka. – Teraz dorabiacie do tego
ideologię.
Następnie ciotka opowiedziała nam o panu rejencie Bohdanowiczu. Znaliśmy go
przed wojną z wyjazdów wakacyjnych. Tak się przypadkowo i złożyło, że
parokrotnie spotykaliśmy się w Truskawcu czy w Krynicy. Był to starszy pan o
pogodnym usposobieniu.